Zimbabwe na krawędzi upadku

Filip Szczepaniec

Prezydent Zimbabwe Robert Mugabe. Źródło: Press Service of the President of Russia, https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Robert_Mugabe_May_2015_(cropped).jpg?uselang=pl

Afryka od dawna targana jest mnóstwem problemów – od wojen domowych i etnicznych w Kongu czy Rwandzie, z milionami ofiar, po krwawe dyktatury jak te w Erytrei albo do niedawna w Sudanie. Na mapie tego kontynentu jest jednak pewien wyjątkowy przypadek w porównaniu do innych krajów Czarnego Lądu – Zimbabwe. Ze względu na żyzne gleby i duże pokłady surowców (np. diamentu), kraj miał wielki potencjał, aby stać się wiodącą gospodarką Afryki, zaś etnicznie państwo to było jednolite w stopniu pozwalającym na uniknięcie konfliktu. Po uzyskaniu niepodległości w kwietniu 1980 roku przed Zimbabwe malowała się jasna przyszłość. Przeszkodą okazał się jeden człowiek – Robert Mugabe.

Obecnie Zimbabwe kojarzy się z upadkiem ekonomicznym i poważnym kryzysem gospodarczym, a większość obserwatorów oraz ekspertów jako głównego winowajcę wskazuje najdłużej rządzącego prezydenta na całym kontynencie, czyli właśnie Roberta Mugabe. Dyktatorskie, niepodlegające żadnej kontroli długoletnie (od 1980 roku) rządy oraz katastrofalne w skutkach decyzje dotyczące rozwoju i planowania gospodarki podjęte przez prezydenta spowodowały upadek kraju. Mimo sędziwego wieku samego Mugabe (92 lata), a także wzrastającej opozycji wobec jego rządów, ten wcale nie zamierza ustępować, co nie wróży nic dobrego dla byłej brytyjskiej kolonii.

Wieczny wódz

Robert Mugabe rządzi Zimbabwe nieprzerwanie od 36 lat, co w tej chwili stawia go na pierwszym miejscu pod tym względem na całym kontynencie afrykańskim. Co więcej, nie zamierza ustąpić ani przechodzić na emeryturę, chociaż w momencie następnych wyborów prezydenckich zaplanowanych na 2018 rok będzie miał już 94 lata.

To właśnie Mugabe był liderem walki o równość w rządzonej przez białą mniejszość Rodezji oraz niepodległość, proklamowaną w kwietniu 1980 roku. Głoszący ideę jedności z białymi mieszkańcami oraz demokratyzacji kraju po latach rządów białych, lider partii Afrykański Narodowy Kongres Zimbabwe (ang. Zimbabwe African National Congress, ZANU) niósł ze sobą wielkie nadzieje. Po wygranych wyborach w 1980 roku to Mugabe (już jako premier) namówił białych farmerów do pozostania w kraju, czym przyczynił się do umocnienia gospodarki i zapewnił wykorzystanie ziem uprawnych. Mimo tego, już wtedy zaczął on wzmacniać swoją pozycję, tłumiąc wszelkie objawy buntu, a także dopuszczając się praktyk dyktatorskich. W 1982 roku, przy pomocy brygad wyszkolonych przez Koreańczyków z Północy, krwawo stłumił bunt w mieście Matabeleland. W grudniu 1987 roku, w ramach porozumień kończących wojnę domową Gukurahundi Mugabe połączył swoją partię ZANU z największą partią opozycyjną ZAPU, tworząc blok ZANU-PF (ang. Zimbabwe African National Congress – Patriotic Front). Jednocześnie wprowadził system monopartyjny i ujednolicił swoją władzę, gdyż w tym samym roku został prezydentem. Od tej pory uważa się, że Mugabe sprawuje niepodzielną władzę jako dyktator, co jest jedną z przyczyn upadku państwa.

Wraz z początkiem nowej dekady, Zimbabwe musiało skorzystać z zagranicznej pomocy. Już w 1990 roku władze tego państwa przyjęły pomoc Banku Światowego (ang. World Bank), który zalecił w swoim programie odejście od marksizmu na rzecz gospodarki wolnorynkowej. Kraj zżerała także potężna korupcja, która zmusiła Mugabe do dymisji całego rządu w 1989 i 1994 roku. Państwo cierpiało również przez notoryczne susze oraz nieskuteczne reformy gospodarcze, spowalniające gospodarkę i zwiększające bezrobocie.

Prezydent Mugabe na tym nie tracił, ciągle uzyskując reelekcję, jednak coraz częściej pojawiały się głosy o masowych fałszerstwach zarówno w wyborach prezydenckich, jak i parlamentarnych, co wywołało falę oburzenia w opinii międzynarodowej. Również interwencja w Demokratycznej Republice Konga we wrześniu 1998 roku, w trakcie II wojny domowej w Kongu, wywołała oburzenie. Zdaniem obserwatorów, zamiast pomóc prezydentowi Kabili i ustabilizować sytuację, została ona wykorzystała do celów rabunkowych. Prawdziwe oburzenie wywołała wspomniana już nacjonalizacja farm i wydalenie z kraju białych osadników w 2000 roku, co powiązano również ze wzrostem przemocy wobec opozycji oraz zagranicznych ośrodków wpływu.

Czarę goryczy i cierpliwości wobec reżimu Mugabe przelały wybory z 2002 roku, które sprowadziły na kraj sankcje gospodarcze pogłębiające kryzys związany z reformami dotyczącymi ziemi. Unia Europejska nałożyła sankcje na prezydenta, który nie wpuścił do kraju unijnych obserwatorów ds. wyborów. Zwycięskie dla prezydenta wybory zostały uznane za sfałszowane, przez co Zimbabwe wyrzucono ze Wspólnoty Narodów (ang. Commonwealth of Nations), zaś Stany Zjednoczone rok później nałożyły kolejne sankcje wymierzone w Mugabe za pogwałcenie struktur demokratycznych. Każde kolejne wybory stały w cieniu oskarżeń o fałszerstwa oraz brutalności wobec Morgana Tsvangirai i jego Ruchu na Rzecz Demokratycznej Zmiany (ang. Movement for Democratic Change, MDC). Główne opozycyjne ugrupowanie wobec ZANU-PF pozostawało jednak bezsilne wobec reżimu, nawet w przypadku nacisków zza granicy czy też dalszego pogarszania się sytuacji w kraju.

„Afrykańska Wenezuela”

Mimo tego, że kryzys w Zimbabwe zaczął się o wiele wcześniej i w zupełnie innych okolicznościach niż ten w Wenezueli, niektórzy określają państwo rządzone przez Mugabe “afrykańską Wenezuelą”. Kryzys w Wenezueli zaczął się 3 lata temu ze względu na niezależny od władz spadek cen ropy naftowej, stanowiącej fundament gospodarki wenezuelskiej. Podłoże kryzysu w Zimbabwe jest inne, gdyż zaczął się on na skutek decyzji politycznej. Podobnie jednak, obydwa kraje dysponują surowcami i zasobami pozwalającymi na ustanowienie stabilnej gospodarki. Niestety, skutki kryzysów są identyczne i zarazem tragiczne dla obu państw.

Kłopoty Zimbabwe zaczęły się w roku 2000, kiedy to prezydent Mugabe rozpoczął nacjonalizację farm należących do białych farmerów, a efektywnych i przynoszących stały dochód. Mimo, iż w ponad 7 milionowym kraju biali osadnicy stanowili tylko 120 tys. ludzi, posiadali oni 50% gruntów uprawnych. Ziemie, w ramach zadośćuczynienia za krzywdy kolonizacji oddane zostały czarnoskórym mieszkańcom. Jednak bez doświadczenia w uprawianiu roli i w korzystaniu ze sprzętu rolniczego farmy upadły, zaś oparta w dużej części na rolnictwie gospodarka zaczęła zwalniać. Banki Zimbabwe zaczęły tracić potężne sumy ze względu na brak zwrotów pożyczek udzielonych w sektorze rolniczym, zaś sam rząd nie miał funduszy, aby spłacić białych właścicieli farm. Odmówiono również spłaty pożyczki wobec Międzynarodowego Funduszu Walutowego (ang. International Monetary Fund, IMF), a na kraj nałożono sankcje – wszystko to miało wpływ na zapaść gospodarczą oraz wzrost inflacji.

Bezmyślna nacjonalizacja rolnictwa, a tym samym marnotrawienie jednego z dynamicznie rozwijających się i podstawowych sektorów gospodarki to niejedyny problem gospodarki Zimbabwe. Nieudolność rządzących pokazuje również marnowanie potężnych złóż diamentów oraz innych minerałów, które mogły zostać dobrze wykorzystane. Brutalna nacjonalizacja kopalń doprowadziła do zamknięcia uważanego w 2013 roku za największe na świecie złoża diamentów w Marange. Korzystają na tym firmy zagraniczne oraz czarny rynek, który omijając podatki oszukuje państwo i znacznie się bogaci, przez co krajowa gospodarka znowu traci ogromne sumy rzędu paru miliardów dolarów.

Oprócz reperkusji z powodu decyzji związanych z nacjonalizacją, Zimbabwe wciąż zmaga się z wieloma poważnymi problemami. Obecnie w Zimbabwe można płacić niemal każdą walutą świata, zaś oficjalną jest dolar amerykański oraz juan. Całkowita dewaluacja dotychczasowej narodowej waluty, dolara Zimbabwe, w 2015 roku spowodowała, że władze zdecydowały się przejść na dolara amerykańskiego. Kurs wymiany wynosi 35 biliardów dolara Zimbabwe do jednego dolara amerykańskiego. Nie poprawiło to sytuacji ekonomicznej, zaś obecnie Bank Rezerw Zimbabwe zmaga się z brakiem gotówki i planuje wprowadzić do obiegu banknoty z pochodną do dolara amerykańskiego wartością. Juan natomiast został wprowadzony w ramach „podziękowania” za umorzenie 40-milionowego długu Zimbabwe wobec Chin, co tyko pokazuje skalę tragizmu, z jakim mierzy się ten kraj.

Dramatyczną sytuację państwa obrazują także statystyki. Bezrobocie sięga niemal 95% (stan na rok 2009), zaś ponad 70% populacji żyje za mniej niż dwa dolary dziennie (2012 rok). PKB za rok 2015 zwiększyło się tylko o 1,5%, a budżet notorycznie notuje potężne straty. Od 2000 roku Zimbabwe nęka również potężna inflacja, która momentami przybierała rozmiary znane z czasów Wielkiego Kryzysu lat 30. i do dzisiaj jest solą w oku gospodarki Zimbabwe. Oprócz wykresów, skalę tego dramatu pokazują najświeższe wydarzenia, jak choćby brak funduszy na żołnierski żołd. Co gorsza, nic nie zapowiada zmiany tej sytuacji, a perspektywa upadku, podobnie jak w Wenezueli, zbliża się wielkimi krokami.

Pora umierać?

Sytuacja gospodarcza Zimbabwe wciąż jest fatalna i odczuwana przez niemal wszystkich obywateli kraju. Państwo to znowu nawiedziła katastrofalna susza, powodując śmierć wielu ludzi oraz zabierając szansę na przeżycie ze względu na brak należytej pomocy i wsparcia międzynarodowego. Robotnicy pochodzący z Zimbabwe, a pracujący zagranicą coraz częściej padają ofiarą porwań, co powoduje braki w sile roboczej i tym samym kolejne kłopoty gospodarcze. Problemy, którymi targane jest Zimbabwe, zdają się jednak nie wpływać na postawę rządzących – ostatnie doniesienia mówią o nowych, prywatnych inwestycjach członków rządu, których wartość zupełnie nie pasuje do krajobrazu zrujnowanego i biednego kraju.

Prezydent Mugabe, mimo wcześniejszej mocnej pozycji, obecnie musi się zmagać z licznymi protestami. Te z 6 lipca br. pokazały, że obywatele mają dość fatalnej polityki i domagają się natychmiastowych zmian. Ponadto, doniesienia płynące ze stolicy, Harare, nie są optymistyczne dla starego wodza. Od prezydenta zaczynają odwracać się ludzie ze Stowarzyszenia Weteranów Wojny o Wyzwolenie Zimbabwe, do tej pory rdzenia poparcia dla Mugabe. Został przez nich określony jako manipulujący i egocentryczny dyktator. Utrata poparcia ze strony najwierniejszych do tej pory zwolenników to potężny cios dla prezydenta. Jeden z byłych najbliższych współpracowników Mugabe, Agrippah Mutambara, mówi nawet o utracie wszelkiego wpływu Mugabe na rozwój wydarzeń w związku z utratą poparcia weteranów. Prezydentowi nie pomaga także konflikt w łonie ZANU-PF, który został spowodowany owym wystąpieniem weteranów, a także walką o schedę po dyktatorze.

Największym zmartwieniem dla prezydenta Mugabe, a zarazem największą nadzieją dla narodu Zimbabwe, są owe protesty z 6 lipca, trwające do dzisiaj, a niespotykane od wielu lat. Rozpoczęte na portalach społecznościowych, bardzo szybko rozciągnęły się na cały kraj, doprowadzając do masowych demonstracji. Całe państwo zostało sparaliżowane, zaś ulice miast, jak np. w Harare, wyglądały jak wymarłe, gdyż tak dużo ludzi chciało pokazać swój sprzeciw wobec dyktatora nawet pomimo szybkiej reakcji władz i odcięcia dostępu do internetu. Restrykcje nie ominęły jednak organizatorów manifestacji. 12 lipca, w szóstym dniu protestu, aresztowano lidera ruchu #ThisFlag, pastora Evana Mavarire. Został on oskarżony o wzniecanie zamieszek, jednak już dzień później wypuszczono go z więzienia. Mimo, iż nie doszło na razie do żadnych poważnych zmian i Mugabe ciągle jest u władzy, to jednak protesty dają szansę na realizację postulatów mieszkańców Zimbabwe dotyczących podstawowych problemów. Obywatele Zimbabwe z całego świata wspierają ruch #ThisFlag, zaś sam Mugabe nie może liczyć na żadne poparcie. Organizowane marsze poparcia dla prezydenta są w mniejszości do tych protestujących.

Sprzeciw społeczności wobec reżimu został dostrzeżony przez kraje partnerskie Zimbabwe, które wycofały oficjalne wsparcie dla Mugabe. Prezydent, mimo dosyć zażyłych stosunków, do tej pory nie uzyskał oficjalnego poparcia ze strony Pekinu, co ma najprawdopodobniej związek z dalszymi chińskimi planami podboju afrykańskich rynków. Kraje sąsiednie zaś, na czele z RPA, naciskają na Harare, aby wycofało restrykcje naruszające postanowienia układu w ramach Wspólnoty Rozwoju Afryki Południowej. Pokazuje to, że reżim Mugabe nie może liczyć na wsparcie również ze strony sąsiadów.

Przyszłość Zimbabwe stoi pod wielkim znakiem zapytania i kraj, zwany kiedyś „Spichlerzem Afryki”, może stać się niedługo „przestrogą dla Afryki”. Fatalna sytuacja gospodarcza, wraz z właściwie upadkiem struktur państwowych powodują, iż Zimbabwe można zaliczyć do państw upadających. Tym bardziej, gdyż rządzone przez dyktatora, jest pozbawione możliwości wpływu na planowanie oraz mechanizm decyzyjny. Nadzieje na poważne zmiany dają spontaniczne protesty ludności na wielką skalę. Sytuacja Zimbabwe nie jest jednak priorytetem dla mocarstw czy bogatszych państw, które mogłyby pomóc temu krajowi. Jak przyznaje Evan Mavarire, nacisk z zagranicy na rząd Mugabe byłby bardzo pomocny. Jednak w obecnej sytuacji geopolitycznej (trwającą wojną na Bliskim Wschodzie i problemami Turcji), poprzez brak interwencji międzynarodowej, Robert Mugabe może wyjść obronną ręką z opresji, skazując tym samym Zimbabwe na los innych państw afrykańskich, takich jak Somalia czy Sierra Leone.

regulamin

Poprzez kontynuację wyrażasz zgodę na używanie cookies. więcej informacji / more info

Poprzez akceptację wyrażasz zgodę na używanie cookies np. byśmy mogli lepiej dostosować wyświetlanie treści do oczekiwań naszych czytelników. The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Zamknij / Close